
Tryptyk „Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha. Wprawne oko dostrzeże liczne rozkosze.
Czy nasze dzisiejsze wyobrażenie o tym, co w seksie jest typowe, a co dziwne, niecodzienne lub nie na miejscu, jest wynikiem wpływu współczesnej (pop)kultury i rezultatem naszych własnych przemyśleń? W pewnym stopniu na pewno tak, lecz idąc tym tropem musielibyśmy przypisać sobie znacznie bogatszą gamę laurów, niż na to zasługujemy. Historia i kultura przez wieki ustawiały nam pewne ramy myślenia o namiętności, a te schematy potrafią być zaskakująco trwałe. Korzeni naszych dzisiejszych przekonań możemy doszukiwać się i w antyku, lecz dziś skupimy oko soczewki na średniowieczu: epoce, którą w kontekście seksualności często traktujemy po macoszemu.
Średniowiecze w powszechnych skojarzeniach bywa przedstawiane jako czas ciemnoty, surowości i cielesnej wstrzemięźliwości. Musimy jednak uzmysłowić sobie, że podejście do cielesności było zgoła inne. Współcześnie, myśląc o stosunku, zazwyczaj operujemy kategoriami „klasyczny”, „oralny”, „analny”, itp. Dla średniowiecznych najbardziej dostępnym podziałem był „w zgodzie z naturą” (czyli taki, który mógł prowadzić do poczęcia potomka) i „wbrew naturze” (czyli bez szans na potomstwo).
Największe triumfy święciła pozycja, która króluje na listach przebojów do dziś – misjonarska. Uznawano ją za najbardziej „ludzką”, a także sprzyjającą rozwojowi szczególnej więzi między partnerami dzięki możliwości utrzymywania kontaktu wzrokowego. Dodatkowo, w tej pozycji mężczyzna był „na górze” – zgodnie z obowiązującym wtedy kanonem męskości.

No jak już taki demon się przywlókł (inkub), to przecież człowiek z łóżka nie wygoni.
Z tego względu pozycja „na jeźdźca” nie była popularna – kobieta znajdowała się na górze, co kłóciło się z wyobrażeniem o jej podrzędnej roli. Istnieją przesłanki, że pozycja ta mogła być postrzegana jako zbyt niegrzeczna i zarezerwowana dla osób parających się pracą seksualną. Pozycja misjonarska jawiła się więc jako najdojrzalsza forma uprawiania miłości także dlatego, że nie spotyka się jej u żadnych innych gatunków. Co nie jest prawdą, szympansy bonobo również dokonują aktu w ten sposób.
Pozycje „od tyłu” były znane, ale mocno potępiane – sprowadzały ludzi, zdaniem ówczesnych, do „rangi zwierząt” i uznawano je za grzeszne. Ograniczeniem nie była jednak sama kreatywność, a raczej strach przed grzechem i społecznym potępieniem. Krzewiono przekonanie, iż stosunek w innej pozycji niż klasyczna lub z kobietą na górze zwiększa ryzyko spłodzenia chorego dziecka.
Pozycja klasyczna, czyli misjonarska. Ponoć bierze swoją nazwę od misjonarzy, którzy zdegustowani formą uprawiania miłości przez rdzennych mieszkańców różnych ziem, zalecali im kochanie się w pozycjach klasycznych: tak jak w Europie, oko w oko, usta przy ustach. To plotka. Oxford English Dictionary odnotował pojęcie pozycji misjonarskiej dopiero w… 1969 roku! Spekuluje się, że nazwa mogła być wynikiem błędnych tłumaczeń Alfreda Kinseya – człowieka, który przeprowadził szeroko zakrojone badania nad namiętnością obywateli Ameryki.
Zwróćmy również uwagę, że średniowieczni nie mieli dostępu do np. Kama Sutry. Pojęcie o tym dziele przywędrowało do Europy dopiero w czasach kolonialnych, a pierwsze tłumaczenie na angielski pojawiło się w 1883 roku.
Nie tylko pozycje miały wpływ na pożycie! Znaczenie miał też… czas stosunku. Lekarze zalecali noc – ze względu na procesy trawienne. Środek nocy miał oznaczać mniejsze obciążenie dla jelit i wątroby, co rzekomo pozwalało organizmowi “skupić się na innych czynnościach”.
Po mrokach średniowiecza, tak jak Kolumbowi wyłoniły się przestworza nowego kontynentu, tak ludzkości objawiła się światłość renesansowego ducha. Czy dotknął on też sfery seksualności?
Kobiety renesansu doświadczyły pewnego rozwoju jednostkowego. Począwszy od średniowiecza i powstania idei miłości dworskiej, panie postrzegano jako obiekty kultu, niewinne, czyste – istoty, za które warto i w razie potrzeby należy oddać życie.
Renesans dodał kobietom nowy atrybut: mianowicie postrzeganie ich jako tych, które potrafią być żądne miłości i fizycznej przyjemności, a czasami to nawet i wysysają z mężczyzn życiową energię. Takie rozumienie miało swoje źródło w… rozwijającej się pracy seksualnej.
Ta wciąż pozostawała niebezpieczna i nie znalazła się w panteonie docenianych zawodów, lecz zaczęto zwracać na nią uwagę i traktować jako “zło konieczne”. Święty Augustyn – jeden z najczęściej przywoływanych w renesansie filozofów antyku – sam opowiadał się w tym dyskursie w ten sposób:
Choć renesans kojarzy się z większą swobodą, warto pamiętać, że Kościół nadal miał ogromny wpływ na obyczaje, a prokreacja pozostawała głównym celem seksu. Renesans często postrzegamy jako czas odwilży po smutnym i ciemnym średniowieczu: erę hucp, swawoli i niekończących się bachanalii, no bo przecież renesans odwoływał się do starożytności. Zapominamy o tym, że władza wciąż leżała u stóp Kościoła i władców państw, a ci drudzy wciąż poddani byli jednoczącemu ich Kościołowi. To przecież Kościół bardzo często odgrywał rolę mecenasa artystów.
Różnica polegała m.in. na tym, że w renesansowej sztuce zaczęło pojawiać się więcej nagości – oficjalnie jako wyraz zachwytu nad doskonałością dzieła stworzonego przez Boga, ale może także jako echo niespełnionych potrzeb.

Święty Sebastian (właściwie jego ciało) zrobił w odrodzeniu taką karierę, że aż został nieoficjalnym patronem ludzi ćwiczących oraz osób queerowych. Tutaj na obrazie Il Sodomy (Giovanniego Antonio Bazzi).
Wzrosła też liczba kontaktów seksualnych – częściowo dzięki większemu przyzwoleniu na pracę seksualną, ale też z powodu prozaicznej innowacji: jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, to w renesansie wymyślono sypialnie. Idea pokoju przeznaczonego wyłącznie do spania (i do igraszek) zapewniała więcej prywatności. Renesans bywa nazywany “erą bękartów” – termin ten wprowadził szwajcarski historyk Jacob Burckhardt. Nawet Leonardo da Vinci był dzieckiem nieślubnym.
Siłą, która wpłynęła na niemalże każdy skrawek renesansowego życia była również reformacja, którą z kolei możemy przyjąć za pewnego rodzaju odwilż w historii myślenia o seksualności. Reformatorzy uznawali (całkiem słusznie zresztą), że namiętnością można rozwijać bliskość między sobą, a nawet zbliżać się do Boga i rozwijać swoją duchowość.
Niestety, renesans przyniósł Europie także nową chorobę – kiłę. Jej epidemia przez kolejne stulecia mniej lub bardziej skutecznie studziła seksualne zapędy mieszkańców kontynentu.
Podsumowując – wiele z naszych dzisiejszych przekonań o tym, co jest w seksie “normalne”, a co “nietypowe”, ma korzenie w średniowieczu i renesansie. To wtedy utrwaliły się hierarchie pozycji seksualnych, wzorce ról płciowych i powiązanie “klasycznego” seksu z tym, co ludzkie i godne, a wszystkiego innego – z tym, co zwierzęce czy grzeszne. Historia pokazuje, że w sypialni rządzą nie tylko pragnienia i potrzeby, ale też tradycja i kulturowe naleciałości, które potrafią przetrwać całe stulecia.
